15:00 data: 2012.05.18

15:00 data: 2012.05.18

Cześć

Przechwyciliśmy kilka zdjęć z zumby. Wszystkich nie sposób zamieścić, więc wybierzemy takie, na którym widać jak się bawiliśmy – tym razem wszyscy, nie tylko Paciorki. Zamieścimy zdjęcie z rozgrzewki. Zabawa polegała na tym, aby gdy gra muzyka tańczyć, gdy będzie zatrzymana – schować się na macie. Czy mi się udało ?? Oceńcie sami :P
Echa ostatniej imprezy są takie, że uczestnicy liczą na kolejną zorganizowaną akcję… Nieobecni dopytują „kiedy następny raz?”. No w sumie nie mamy nic przeciwko ;)
Pogoda w kratkę, raz zawieje, raz pokropi. Słońce przebija się przez wielkie, puszyste chmury i tak jak dziś, udało się oblać Kielce przyjemną, słoneczną pogodą. Niektórzy pewnie już zerkają na weekendową prognozę i tu o dziwo – ma być ładnie J
Wczoraj zawitaliśmy po przyjeździe z przedszkola i żłobka do babci Marzeny, bo przyjechała tam ciocia Ola z Fifkiem i Kalinką. Pobawiliśmy się tylko chwilę, bo było już późno i trzeba było wracać do naszych czterech kątów. Potem ciepła kolacja, piżamka sama na mnie wskoczyła i po chwili ten błogi stan, chyba pozytywny dla każdego domownika. Dla mnie, bo mogę odpocząć i się zregenerować, dla pozostałych – bo cisza i spokój J
Dzisiaj już piątek, ostatni raz w tym tygodniu poszedłem do żłobka… W szatni spotkałem Michalinę – koleżankę z grupy. Tata zmienił mi buty na trepki, zdjął bluzę i już po chwili za rękę wędrowaliśmy razem z Michaliną do pozostałych dzieci. Pani mnie dzisiaj pochwaliła, jaki jestem przystojniak, bo miałem założoną koszulę i ogrodniczki. Wystarczy założyć dobre wdzianko i dziewczyny moje ;)
Jutro wieczorem zostajemy z tatą, mama wybywa z koleżankami a my, jak na najlepszych kumpli przystało, będziemy oglądać finał Ligi Mistrzów. Szkoda tylko, że moja ulubiona drużyna, FC Barcelona nie wystąpi w tym zacnym meczu. Może za rok :D
Patrzę w kalendarz i widzę, że wielkimi krokami zbliża się 1 czerwca… nic więcej nie będę pisał, tym bardziej sugerował :P

PA

09:30 data: 2012.05.15

09:30 data: 2012.05.15

Hej,

Minął tydzień, aż wstyd, że bez żadnego wpisu. Powracamy po dłuższej przerwie, która była spowodowana lenistwem, brakiem czasu i chęci do czegokolwiek. Po bardzo upalnej końcówce poprzedniego tygodnia, nadszedł czas na ochłodzenie. Temperatura waha się w granicach 7-14 stopni i to znów powód do tego aby zacząć chorować. Ale nie o chorobie będzie ten wpis, bo tego już mamy po dziurki w nosie – w przenośni i tak na poważnie.
W niedzielę byliśmy na tańcach. Niedługo po śniadaniu poszliśmy do klubu fitness, w którym tata prowadzi zajęcia na rowerach. Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że tuż przed godziną 11, było bardzo dużo dzieci w każdym wieku. Ledwie przekroczyliśmy próg drzwi, gdy przywitał mnie bardzo znajomo wyglądający pan. Głos też wydawał się jakiś znajomy. Tylko to ubranie: złocisto-granatowe pantalony, pstrokata, luźna bluza i czapka, jakby do zestawy kolorystycznego spodni. Tata, od razu poznałem :D
Nigdy nie miałem problemów w nawiązywaniu kontaktów i w tym przypadku nie było inaczej. Ze wszystkimi przybijałem „piątki”. Zuzia również pospieszyła po schodkach na dół, gdzie znajdowała się sala do tańców. Wszystko było świetnie przygotowane ku temu, aby zajęcia miały charakter tanecznego szaleństwa dla dzieci. Na ścianach wisiały podobizny naszych ulubionych bajkowych postaci, w kąciku stał mały stolik z lizakami, cukierkami i soczkami – bardzo się przydały :) W tle słychać było dziecięce piosenki.
Zaczęliśmy od krótkiej rozgrzewki i co śmieszne, po takiej rozgrzewce nie jeden miał już dosyć, a to przecież był początek zabawy :D „Macarena” i „Asereje” rozgrzało nas do czerwoności. Ręce miałem powykręcane we wszystkie strony świata. Biodra prawie wypadły mi z zawiasów :P i nadal końca nie było widać… Po pewnym czasie do drzwi zapukało zmęczenie i dlatego wszyscy powędrowaliśmy pod długą ścianę z lustrem i wtedy to właśnie swoje „5 minut” mieli rodzice. Mogli przez kilka minut zaprezentować się przed nami. Jedni z hamulcem poruszali ramionami, inni wręcz przeciwnie – żywiołowo, entuzjastycznie i w rytm muzyki. Nasza mama szalała jak mało kto, podobało jej się bardzo ;) Najważniejsze, że po chwili mieliśmy szanse wspólnie pobawić się w moją ulubioną grę muzyczną, czyli „ram zam zam”. Bardzo proste ćwiczenie, które polega na wykonywaniu odpowiednich ruchów w rytm muzyki, która co chwilę przyspiesza, aż wreszcie staje się (prawie) nie do ogarnięcia ;)
Teraz jeszcze słów kilka o kolorowej puszce, do której wszyscy wrzucali pieniążki. Cała akcja „zumba for kids” w klubie, została zainicjowana przez naszego tatę. Zawartość puszki (w postaci prezentów) zostanie przekazana dla dzieci w Domu Dziecka w Kielcach.
Z góry dziękujemy wszystkim, którzy pomogli wznieś nas na wyżyny tanecznego szaleństwa, w szczególności rudej Pani prowadzącej i całej ekipie wspomagającej niedzielne zmagania maluchów :D Było naprawdę rewelacyjnie. I już czekamy na więcej… gdzie zdjęcia ? Tak wyglądał plakat promujący akcję :)

PA PA

14:00 data: 2012.05.08

14:00 data: 2012.05.08

Cześć,

Pożegnania nadszedł czas. Wyglądając z samiuśkiego rana przez okno, okazało się, że po lunaparku pozostały na łące tylko wielkie ślady kół ciężarówek. W ciągu nocy zniknęło wszystko… Może to i lepiej, bo jakoś nie lubimy dziecięcych imprez w stylu „kto bardziej pijany, ten fajniejszy”. I wcale nie mam tutaj na myśli ludzi, którzy przychodzili do wesołego miasteczka, tylko urżniętych gagatków z upitymi nosami w czerwonych polarach, tak zwanej „obsługi”. W niedzielę poszliśmy z tatą ostatni raz zakręcić się. Zuzia fruwała na łańcuchowej, ja na koniku dokoła :) Podskakiwałem tak, że aż cała karuzela się chybotała… Był też motor, samochód, karoca i inne takie. Wszystko kręciło się w rytm muzyki, jak z pozytywki.
Wczoraj Zuzia narzekała na ból ucha. Zawsze wtedy, gdy przechodzi jej katar, coś kłuje ją w uchu. Tata przyniósł jakieś śmierdzące listki od babci, wycisnął zielony sok na watę i wepchnął do ucha na noc. Póki co, wszystko wskazuje na to, że operacja pod kryptonimem „śmierdzący listek” udała się, choć z diagnozą trzeba wstrzymać się do wieczora :)
U mnie dużo lepiej. Wczoraj jeszcze cherlawy, dziś jak nowo narodzony. Nie mam kataru, ani kaszlu.
Na weekend musimy być sprawni na 100%, idziemy na tańce. Będziemy się bawić a przy tym pomożemy zbierać pieniądze na zakup rowerów dla dzieci w domu dziecka. Bardzo fajna akcja, która musimy wpierać, jako miłośnicy rowerów w każdej formie :D
O „cycy” już prawie zapomniałem, w dzień, to nawet przez myśl mi nie przejdzie, przecież chłopaki by się śmiały ze mnie w żłobku. Tylko w nocy mam jeszcze chwilę słabości, po prostu muszę się przytulić jeszcze na trochę.
Odezwiemy się niebawem,

PA

11:48 data: 2012.05.04

11:48 data: 2012.05.04

Cześć,

Jak Wam mija długi weekend ? Maj nas pięknie przywitał :D U nas świetnie, wczoraj tylko trochę polało. Ale bez deszczu nie będzie truskawek i innych takich smacznych kąsków. Dlatego, gdy tylko deszcz przestał padać i wyszło słońce, to od razu widać jak przybyło wokół zieleni.
Nadal bezkonkurencyjne jest wesołe miasteczko. Dobrze, że już niedługo odjeżdża, bo rodziców puścimy z torbami. Póki co, były już 3 podejścia z tym, że tylko Zuzia się bawiła, bo mama się boi, że bym mógł wypaść z ciuchci :)
Nieodzownym elementem naszej urody (o każdej porze roku) jest katar. Chyba się już go nigdy nie wyzbędziemy… Może to wcale nie jest (kurka wodna) przeziębienie, tylko jakiś katar alergiczny ? Już sam nie wiem, trzeba zrobić doświadczenie i wyzbyć się wszystkich dywanów na początek i odkurzacza – zobaczymy co z tego wyniknie. Póki co, nie chodzimy do żłobka, ani do przedszkola. W sumie to jakiś dziwny ten tydzień. Jeden dzień się idzie, drugi już nie, potem znów powtórka i nie nadążam. Cały czas wydaje mi się, że jest sobota ;) Fajnie by było – prawda ?
Rzodkiewki jak nie było, tak nie ma. Tylko listki zaczynają pomału się czerwienić, więc możliwe, że lada chwila pojawią się nasz pierwsze czerwone, chrupiące kuleczki :D Ostatnim razem na tapecie wylądowała Zuzanka z tatą, dziś moja kolej – z mamusią. Pozycja klasyczna – na koalę. Choć wiele się zmieniło w przeciągu tych kilku dni… nie ma już cycusia :( znoszę to bardzo dzielnie, bo „cycy” poszło PA PA i „ma” go. Tylko w nocy wydaje mi się, że mi się chce possać, ale to tylko przyzwyczajenie pozostało. Nawet pielucha nie jest taka ulana. W ramach rekompensaty mam butlę z wodą, półtorej litra, mogę pić ile wlezie :P Także konsekwentnie i bez zbędnych ceregieli – „cycy” śpi już na zawsze.
Z wielkich zmian, jest jeszcze jeden punkt – przesiadłem się w parasolkę. Moja spacerówka jest w porównaniu do poprzedniego modelu dość  dziwna. Nogi mi zwisają i nie mogę się przyzwyczaić. Spanie też nie należy do luksusu, bo nie ma możliwości położyć się w poziomie, jest tylko delikatny skos. Za to plusem wielkim jest to, że widzę wszystko i wygodnie się siedzi.

PA

21:10 data: 2012.04.29

21:10 data: 2012.04.29

Hej ;)

Czy po dwóch dniach „żarówy” macie już dość wiosennej aury ? Przyznam szczerze, że dawno nie byłem taki zmęczony, jak po tych kilku słonecznych dniach. Wynika z tego, że zimno – źle, gorąco – też nie za dobrze :D Ciężko dostosować się do naszych zachcianek ;)
Weekend obfituje w wiele ciekawych i przyjemnych doświadczeń. Zaczniemy może od tego, że tylko zdjęliśmy kurtki, bluzy, swetry i od nowa jesteśmy okrutnie pociągający. To już chyba nasza natura… ale nieważne, jakoś to przeżyjemy.
W piątek zaczęło się wszystko od roweru. Tata pojechał po Zuzię do przedszkola i wszyscy się patrzyli, jak na wariatów ;) Była wycieczka rowerowa do babci Marzeny, zakup lodów oraz szybkie rozeznanie w temacie wesołego miasteczka. No właśnie – głośne, kolorowe i drogie. Takimi przymiotami można nazwać ulubione miejsce zabaw pewnie każdego dziecka. Lunapark „Bajka”, bo taką ma nazwę to miasteczko, jest lunaparkiem tylko w nazwie. Trudno odnaleźć wspólne cechy „Bajki” i innych – prawdziwych, światowych wesołych miasteczek. A nie… no jest jedna wspólna część, która łączy je wszystkie – możliwość pozostawienia góry pieniędzy, bo każdy, nawet najdrobniejszy występek, to koszt od 5 zł… do 30 :) A pojeździć by się chciało samochodzikiem i pokręcić na karuzeli, trochę tu, troszkę tam. Dlatego musieliśmy wszystko robić z umiarem, z wyczuciem i z własnym sumieniem. Jest również miejsce dla łakomczuchów, gdzie można sobie kupić watę cukrową, lody, gofra lub przy nadmiarze gotówki zainwestować w balony napompowane helem, albo ustrzelić jakiegoś bażanta na strzelnicy. Wrzucamy zdjęcie taty i Zuzi z jazdy samochodzikami, świetna zabawa ;)
Wczoraj, zaraz po śniadaniu, Zuzia pojechała z tatą rowerem do sklepu i kupili nowy kask na rower. Wracając zajrzeli też do lodziarni. Nie trudno się domyśleć, co kupili, w jakiej ilości i jakiego koloru ;) Zatem sezon dla “lodożerców” został oficjalnie rozpoczęty.
Dziś tata wyruszył na dalszą trasę, my zostaliśmy z mamą w domu. Popołudniu była zmiana. Tata zabrał nas na huśtawki a mam pojechała sobie na rowerek. Wykąpani i nakarmieni, idziemy lulu !

PAPA

10:40 data: 2012.04.26

10:40 data: 2012.04.26

Cześć,

W końcu zaskoczyło, wszystko zaczęło się układać. Pogoda cudowna, ciepło, słonecznie. Dokoła czuć cudowny zapach kwitnących drzewek owocowych. To te białe, niewinnie wyglądające kwiatuszki tak pięknie pachną. I to jeszcze nie koniec pozytywnych wiadomości pogodowych… dzisiaj ma być już bardzo ciepło, jednak zerkając kątem oka na to, co ma wydarzyć się jutro, w sobotę i niedzielę, to ciężko w to uwierzyć – temperatura około 30st. i to na plusie :P
Miejmy nadzieję, że to, co dzieje się na zewnątrz, będzie miało wpływ na nasze zdrowie i samopoczucie. Od środy przykładnie uczęszczam do żłobka, Zuzia do przedszkola a rodzice do pracy. Powracamy do naturalnego rytmu, naturalnego dla każdego z nas :) Koniec z przesiadywaniem w domu, na nudne wpatrywanie się w bajki. Nawet w tym temacie wszystko nam sprzyja. W miejscu, gdzie rozstawiane są cyrkowe namioty (widzimy je z okna), tym razem stoją już wielkie samochody, które przywiozły wesołe miasteczko. Zuzia już cała drży na samą myśl o ciuchci, karuzeli i samochodzikach. Teraz tylko trzeba pięknie się uśmiechać do rodziców i gładzić ich portfel, żeby monety mnożyły się na potęgę ;)
Wesołe miasteczko ruszy z pewnością dopiero jutro, co nie zmienia faktu, że musimy tam zawitać. Kolorowe światełka i muza na full, nie ma lipy :D Okazja będzie nie lada – Fifek z Kalinką przyjeżdżają z Warszawy…
Zielony rowerek przejdzie dzisiaj swój pierwszy test. Kółeczko się zakręci pod dupką Zuzanki, która w ciągu tygodnia nauczyła się dwóch nowych wierszyków – o żyrafie:

„Żyrafa tym głównie żyje,
Że w górę wyciąga szyję.
A ja zazdroszczę żyrafie,
Ja nie potrafię.”

i o żółwiu, ale tego nie pamiętam :D
PA PA

11:24 data: 2012.04.23

11:24 data: 2012.04.23

Witajcie,

Dziś poniedziałek, zaczynamy kolejny tydzień paciorkowych zmagań z rzeczywistością. Zuzia w przedszkolu, pojechała z samego rana z mamą. Wstawała na raty, najpierw jedno oko, potem spanie. Drugie oko, spanie. Tata ubrał ją na śpiocha i nie mogliśmy jej dobudzić. Ja siedziałem najpierw z tatą, trochę się pobawiliśmy i przysnęło mi się na jego ramieniu :) Teraz jestem u dziadka. Do żłobka pójdę może w środę a może dopiero w czwartek. Na samą myśl o zakończeniu leniuchowania, ogarnia mnie przerażenie. Choróbsko mamy razem z Zuzią (raczej) za sobą. Trzeba z tym skończyć, bo to już trwa dobre dwa tygodnie.
Pogoda nadal w kratkę. Weekend nie był najgorszy ale szału nie ma… Sobota zafundowała nam ciepłe przedpołudnie i kilka chwil po obiadku, potem się zachmurzyło i zaczęło lać. Niedziela podobnie, tylko obyło się bez zakrapiania ;) Najmądrzejsi z mądrych twierdzą, że zbliżający się weekend ma być bardzo słoneczny i ciepły – zobaczymy, czy nas nie bajerują.
W sobotę mieliśmy gości z Krakowa – Agnieszka, Mateusz i Adam. Także weekend spędzaliśmy w rodzinnej atmosferze, bo dodatkowo w niedziele byliśmy u babci Marzeny na obiedzie. Właśnie wczoraj, Zuzia dostała super rower – drewniany, do odpychania się nogami. Na początku był w pudełku i trzeba było połączyć wszystkie elementy, z których powstała niezła bryka ;) Jest koloru zielonego i ma pompowane kółka, do tego można regulować wysokość siedzenia, więc jeśli dostąpię zaszczytu gdy dorosnę, to też skorzystam z wielką chęcią :D
Ostatnio, zapomnieliśmy napisać, jak się ma nasza rzodkiewka :) Zatem dziś, specjalnie na tą okazję pokarzemy, jak super porosły listki. W oczekiwaniu na pojawienie się pierwszych czerwonych kuleczek w ziemi, podlewamy nasze niedoszłe plony, jak rasowi ogrodnicy – systematycznie, skrupulatnie i zawsze tą samą dawką wody. Zuzia uwielbia rzodkiewkę, chrupie ją na każdą okazję w sumie podobnie jak kalarepę. Może w następnej odsłonie zrobimy jakąś grządkę na zasadzie – „tu ruda marchewka, tam strączek” :D Zuzia mówiła mi, że w sklepie były jeszcze inne nasionka, z których rosną warzywa – cebulka, marchewka, sałata i dodatkowo wiele, wiele kolorowych kwiatuszków :)

Pozdro !

13:27 data: 2012.04.19

13:27 data: 2012.04.19

Cześć,

Moje chorowanie jest jak pogoda – brzydka, mało komfortowa i okrutnie niezmienna :( Słyszę ćwierkanie ptaszków, ale słonka brak. Nadal brakuje prawdziwego wiosennego powiewu, który pewnie pozwoliłby uwolnić się od tego fatalnego chorowania. Bardzo wolno wracam do stanu używalności i plusem jest tylko to, że w nocy się nie muszę już budzić. Minus jest taki, że każda próba wprowadzenia jakiegokolwiek lekarstwa do buzi kończy się kolorową fontanną, która „bije” przez kilka sekund. Zwykle ma kolor poprzedniego posiłku, który jeszcze nie zdążył się dobrze zagnieździć w moim uszczuplonym, somalijskim brzuszku :)
Zatem siedzimy w domu i jedyne co pozostaje, to nasze ulubione zabawy i wymyślanie kolejnych. Ostatnio, pod naszym stołem powstał „dom”. Narzucone koce (sztuk 3) na stół dały mrok i w tej jamie siedzieliśmy, ale nie sami… Zamieszkały w nim wszystkie nasze misie pluszowe oraz ulubione zabawki. Zabawa nie trwała długo i więcej rozkładania, niż samej zabawy.
Wczoraj mama poszła z tatą na rowerki, nie wiem co to za rowerki, bo jeździ się w zamknięciu i czym się tak zachwycają, ale polecieli i nie było ich chwil kilka. W tym czasie przebywaliśmy z babcią Marzeną. Daliśmy jej w kość i to nieźle. Jak wychodziła, to miała bezcenną minę, takie „uff” :D No cóż, nie ma łatwo z Paciorkami, zawłaszcza dwoma.
Wrzucamy zdjęcie z kapania. Ja z rozwalonym nosem, Zuzia („powiedzmy”) uśmiechnięta :) Trochę nie ostre, bywa i tak ;)

Pozdro !

14:01 data: 2012.04.16

14:01 data: 2012.04.16

Hej,
Czas na małe podsumowanie tego, co działo się przez te kilka dni. Ogólnie – do bani ze wszystkim. Myślałem, że uratuję swoją skórę i nie zarażę się od Zuzi, ale na myśleniu się skończyło – jesteśmy chorzy oboje :(
W czwartek już nie poszedłem do żłobka, bo zaczynało mnie rozkładać na dobre. Siedzieliśmy cały czas z mamą w domu. Może nie byłoby tak najgorzej, gdyby nie fakt, że prócz okrutnego kaszlu jaki dostałem, zaczęło się jeszcze ząbkowanie… Taki scenariusz spowodował, że wszystkie najgorsze objawy, które towarzyszą przeziębieniu i ząbkowaniu dostałem w skumulowanym „zastrzyku”.
Dzisiejszego poranka, pojechaliśmy do lekarza – Zuzia na kontrolę, ja – bo nic mi nie przechodziło. Okazuje się, że jestem bardziej chory od Zuzi i rzęzi mi w płucach przy oddychaniu. Innego rozwiązanie nie można było się spodziewać, dostałem antybiotyk :( i z kwitkiem L4 opuściliśmy gabinet pani doktor.
Wszystko wskazuje na to, że kolejny tydzień spędzimy w domu. Zuzanka co prawda czuje się o wiele lepiej, jednak gdy wszystko wskazywało już na prawie pełnię sił, dzisiaj zrobiła w nocy koncert z bolącym uchem. Coś ją kuło i szczypało a na koniec akcji, gdzieś koło drugiej w nocy, przypomniała sobie, że z tatą zapomnieli zasiać wcześniej zakupioną rzodkiew w doniczce. He he – poczucie taktu i wyczucie chwili ;) Nasionka powędrowały „dopiero” dzisiaj, koło południa do ziemi, oczekujemy pierwszych zielonych krzaczków :)

W weekend spodziewamy się gości, dlatego mobilizacja sił i wychodzimy z tego… no ;)
Na tapecie dzisiaj mój nos, już prawie naprawiony :D Przyczepiony do mamy jak koala, spędzamy kolejne wspólne popołudnie.

Jędrek

10:23 data: 2012.04.11

10:23 data: 2012.04.11

Cześć,
Ostatnio pisałem, że nic się nie dzieję, że straszna nuda. No to dzisiejszy wpis jest o tym, że już na brak wrażeń nie możemy narzekać. Zuzia ma zapalenie oskrzeli :( Kupiła sobie w zestawie z katarem i gorączką. Ta ostatnia, jak zaprogramowana, ujawnia się na noc i jest idealnym czynnikiem, skutecznie powodującym bezsenność. W pewnym momencie pada się ze zmęczenia, po czym za kilka minut – powtórka :( Kaszel suchy, przypomina szczekanie jakiegoś psiura. Jest dużo lepiej niż wczoraj i dużo gorzej, niż będzie jutro :)
Ograniczenie kontaktu i „mijanie się”, to od wczoraj elementy survivalu, który ma mi zagwarantować pozostanie przy zdrowiu. Korzystając z pogodowych uroków wiosny w dniu wczorajszym, niedługo po powrocie ze żłobka, pojechałem jeszcze z tatą na spacer a mama w tym czasie opiekowała się Zuzią. Zajechaliśmy do apteki po wyprawkę, czyli niezbędnik dla Zuzanki ale w sumie, to prawie wszystkie lekarstwa są na stanie w domowej apteczce – Przezorny zawsze ubezpieczony. Szkoda całej tej sytuacji, bo mogliśmy spędzić wczorajsze popołudnie na „świeżym” powietrzu, a tak…
Jeśli chcielibyście kiedyś zbadać nosem szorstkość dywanu lub wykładziny – tak w ramach porannej gimnastyki, to generalnie – nie polecam :) Od wczoraj, na moim małym „kartofelku”, struktura naskórka została dotkliwie naruszona. Oczywiście, takie rzeczy się zdarzają, jednak gdy sobie przypomnę ostatnie moje „fiku-miku”, to wyglądam, jak po dobrej bijatyce. Ledwo co z czoła zniknął mi siniak w barwach tęczy, to na nowo nos udrapany…
W związku z powyższym, naszym rodzicom gwarantujemy bardzo wysoki poziom adrenaliny oraz zapewniamy im wiele ciekawych doznań, nie mogą się  nudzić ;)
Pijemy nasze zdrowie :P
Jędrek