Category Archives: dzieci

godz: 11:34 data: 2012.10.22

Zwykły wpis

Hej,

To była dla mnie (osobiście) świetna zabawa. Nie było to łatwe zadanie, ale myślę, że wypełnione do końca na tyle, na ile mogłem. Bardzo związałem się emocjonalnie z tą stroną, dlatego nie jest łatwo napisać, że to koniec i kropka.
Dedykuję ten wpis wszystkim tym, którzy byli z nami od samego początku, trafili tu później, przypadkowo i już zostali – klikali, wchodzili i czytali ten nasz „dziennik”. Łza kręci się w oku, gdy przeglądam pierwsze zdjęcia Jędrka – małego człowieczka, który jeszcze tak niedawno leżał i z trudem przekręcał się na brzuszek. Czas szybko mija, ale udało się uwiecznić kilka naprawdę fajnych rzeczy, które będziemy pamiętać zawsze. Bawiliśmy się w opisy, ale były też zdjęcia – wszystko jest udokumentowane 🙂 Zuzia przeszła również ogromną metamorfozę, z malutkiego dziecka została przedszkolakiem. Wszystko odbyło się tak szybko,  jakby z dnia na dzień.
Zaczynam ten wpis z grubej rury, bo czuję, że to wielki koniec tej naszej wspólnej historii. Historii, którą pisaliśmy razem niby na serio, jednak bardzo zabawnie. Zawsze po ważnym wydarzeniu, miałem nieodpartą chęć podzielenia się naszym szczęściem z innymi i powstawał wtedy nowy wpis. Dziś, choć radości mamy co niemiara, to z pisaniem są jakieś trudności. Ciężko się zebrać a nie lubię robić czegoś tylko dla sztuki, żeby było. Dlatego nie zapieram się, nie piszę „na pewno” ale na dzień dzisiejszy kończymy ten rozdział.
Jesteśmy na etapie remontu w dziecięcego pokoju, spore zmiany również jeśli chodzi o układ spania. Zuziowe łóżko poszło w świat, kupiliśmy piętrowe – póki co rewelacja. Nikt nie wyleciał z górnej kondygnacja, z dolnej również 🙂 Będą nowe mebelki, które są już zamówione, ma być malowanie, oklejanie tapety… Jak to się mówi – coś się kończy, coś się zaczyna.
Dla mnie jest to dość znaczący skok. Jędrek zaczął dużo mówić, przegląda książeczki, naśladuje zwierzątka, składa wyrazy, choruje, zdrowieje i tak w koło Macieju 🙂 Żłobek ma ewidentnie zbawienny wpływ na jego rozwój. Oczywiście, zdarza się również tak, że jakieś idiotyczne zachowania przynosi do domu, bo nie przypominam sobie, żeby ktoś u nas gryzł się po rękach albo walił głową w ścianę… Zostanie jeszcze wisienka na torcie, czyli wyjście z pieluch.
Zuza, gdy przebywa z jedną osobą – kochane stworzenie. Usłuchana, grzeczna, za rączkę i takie sprawy. Większa ilość osób w jej towarzystwie, to woda na młyn… Charakterna, pokazuje różki 😉 Ma swoje humory, jak to kobieta. A już „najlepiej” jest w zestawie Z+J… zabawnie, naprawdę 🙂 Prawdziwa szkoła przetrwania.

Niemniej jednak, kochane stworzenia, bez których niewątpliwie świat nie miałby takich kolorów. Może kiedyś wrócimy, może powstanie blog „pacioreczki II” ? Kto wie…
W imieniu Pacioreczków, dziękuję raz jeszcze Wszystkim,

Pozdrawiam ! MACIEK

Reklamy

21:11 data: 2012.08.19

Zwykły wpis

Cześć,

Wróciliśmy dzisiaj z samiutkiego rana. Cały dzień chodzimy „po ścianach” potykając się o własne nogi. Harmonogram dnia został totalnie zachwiany. Postaram się w jednym wpisie umieścić najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce podczas naszego wypadu do Ustki.
Zaczniemy od tego, że podróż do Ustki dla nas (mnie, Zuzi i mamy) minęła całkiem pozytywnie. Jechaliśmy w nocy, dlatego spaliśmy i jechało się przyjemnie. Nad ranem, mama zmieniła tatę i dała mu trochę odpocząć. Potem dojechaliśmy na miejsce. Kwatera znajdowała się na ulicy Krokusowej, w dość charakterystycznym punkcie, bo przy samej szkole. Oprócz pokoi, z których można było skorzystać, był też bar, w którym można było skonsumować obiad lub drobną przekąskę. Pierwszy dzień był odgórnie spisany na straty, dlatego po wejściu kilkunastu schodów do pokoju i wypakowaniu walizek, postanowiliśmy skoczyć zanurzyć nóżkę w morzu. Pogoda nie była zbyt piękna. Temperatura powietrza utrzymywała się na poziomie 18-20 stopni, dopiero w samej końcówce naszego pobytu zwiększyła się i to znacznie. Do tego woda w Bałtyku podskoczyła aż do 19 stopni i mogliśmy spokojnie kąpać się w całości.
Droga na plażę była długa – 3 km bez kilku metrów, do tego w większości po leśnej drodze obsadzonej dużą ilością wystających korzeni. Prawdziwa przeprawa z wózkiem i całym majdanem 🙂 Ale co tam, my sobie nie damy rady ? Lecieliśmy każdego dnia z wywieszonymi ozorami, bo na samą myśl o zabawie w piasku i ucieczkach przed falami, banan pojawiał się na naszych twarzach. A piasku i wody było pod dostatkiem, każdy miał swój kawałek gruntu i to odgrodzony parawanem. Połapać się wśród tych kolorowych wiatrochronów, to prawdziwa sztuka 😀
Na wakacjach, jak to na nich, poznać można wielu ludzi i w naszym przypadku było bardzo podobnie. W pierwszej kolejności poznaliśmy gospodarzy domu – Pani Maria, na pierwszy rzut oka bardzo surowa i konsekwentna, potem okazała się bardzo pomocna. No i jej mąż – Pan Ryszard, przez Zuzię nazwany „Panem zupką”, bo często konsumowaliśmy zupy w jego lokalu. Potem przyszedł (niestety) przykry kontakt z sąsiadami z pokoi obok. Nie wspominamy tej znajomości pozytywnie, dlatego postanowiłem, że głupotami nie będziemy sobie zawracać gitary 😛 Generalnie, niektórzy nie nadają się do życia w społeczeństwie…
Do Ustki pojechaliśmy również dlatego, aby odwiedzić nasze kuzynki z Ameryki, które tam przebywały pod opieką swojej babci. Julka i Bianka z klanu Paciorków to (oczywiście) super dziewczyny. Ja uciekałem przed ich psem, bo mnie ganiał i ciągał za nogawkę 😀
Później poznaliśmy ekipę z Zabierzowa – Daniel, Krystian, Michał, Dawid i sympatyczna koleżanka – Magda. Ekipę witamy na naszym blogu i pozdrawiamy serdecznie 😉 Zuzia miała też swoją koleżankę Magdę z Krakowa, która przebywała w tym samym domu co my, tylko z babcią.
Pobyt upływał bardzo monotonnie, podporządkowywaliśmy się pewnym zasadom i tak leciał dzień za dniem, gdy pewnego dnia (na samym początku pobytu) zacząłem bawić się z tatą w przybijanie „piątki”. Po chwili okazało się, że jedna z moich rąk jest trzy razy większa od drugiej. Osa, użądliła mnie między kciukiem a wskazującym. Skończyło się nocnym wypadem na zastrzyk do przychodni całodobowej. Potem jeszcze było użądlenie w policzek i w nogę. Ogólnie, od os się tam roiło. Były dosłownie wszędzie. Do tego komary, cudne połączenie. W wyniku tej owadziej więzi, Zuzia ma pogryzioną przez komary buzię, a my ręce i nogi 😦
Z wakacji jesteśmy bardzo zadowoleni, jak jeden mąż. Mimo kilku wpadek, cieszymy się, że odpoczęliśmy i nabraliśmy sił przed nowym sezonem żłobkowo-przedszkolnym. Zapomniałem tylko napomknąć, że ceny w kurorcie o sympatycznej nazwie Ustka, są tragiczne, wywindowane i aż do granic przesadzone. Współczujemy tylko mieszkańcom tego sympatycznego miasteczka, bo po sezonie ceny wcale nie spadają…
No i aby finał wakacji był bardzo pozytywny, to czekamy na najdroższe zdjęcie z wakacji, które zostało wykonane przez fotoradar zaraz przed Człuchowem. W terenie zabudowanym mieliśmy na budziku 78km/h 🙂 Także czekamy na kopertkę z dobrymi wiadomościami.
Nie chciałem się skupiać na tym, jak wyglądał każdy dzień, co jedliśmy, za ile itd. Krótka sentencja na podsumowanie tego wypadu –wszechobecne niezdrowe jedzenie i ciągłe leżenie na plaży sprzyja odkładaniu się tłuszczu. Gdzie się nie odwrócić, to słyszałem tylko charakterystyczne „tsssssssss” i pstryk łamanego wieczka od puszki z piwskiem 😉 Ale z drugiej strony – coś od tego życia też trzeba mieć, teraz powracamy do „normalności”.
Zdjęcie robiła mama, dlatego z oczywistych przyczyn nie ma jej na zdjęciu 😛

Pozdrawiamy !!

09:56 data: 2012.07.31

Zwykły wpis

Cześć,

O przygodzie w zoo już prawie zapomnieliśmy, więc czas na uzupełnienie naszego życiorysu, żeby nie powstała dziura 🙂 Wielkimi krokami zbliżają się wakacje, zarówno te od żłobka i przedszkola, jak i te, w których mamy zamiar leżakować nad polskim morzem. Do tych pierwszych wakacji pozostał jeden dzień, dzisiaj jeszcze idziemy do żłobka i przedszkola, potem miesiąc nieprzerwanej sielanki. A na wyjazd musimy jeszcze chwilę poczekać…
Pogoda w kratkę i chyba tego najbardziej się obawiamy. Piękna, słoneczna pogoda przeplata się z przelotnymi opadami i w tym nie byłoby nic złego, tylko jeśli pioruny walą gdzie popadnie, huk grzmotów jest nie do ogarnięcia a ściana wody „leje” się za oknem, to chowamy głowę w poduszkę.
W weekend gościliśmy Filipka, Kalinkę, ciocią i wujkiem. W sobotę byli u nas, w niedzielę spotkaliśmy się wspólnie na obiedzie u babci Marzeny. Filipka już wszyscy znają, bo gościł już nie raz na naszym blogu. Teraz nadszedł czas na moją siostrę cioteczną – wow… strasznie dziwnie to zabrzmiało, zdecydowanie lepiej będzie – Kalinka 😉 Zastanawiam się tylko, czy jest jakieś określenie powinowactwa dla córki siostry mojego taty 😛 Ale nie komplikujmy sobie już i tak skomplikowanego życia.
Zatem dziś, na tapecie Kalinka, wygłaskana przeze mnie „dzi-dzi”, najmłodsza z naszego klanu. Załapała się też moja zgrabna nóżka i część ręki na znak, że robiłem „mój-mój”. Oczywiście, nie trzeba szczegółowo pisać, jak wyglądał dom po naszych zabawach, w sumie tornado to się chowa…
Już nie możemy się doczekać, gdy po zdjęciu butów będziemy mogli stąpać po przyjemnym, ciepłym i złocistym piasku nad morzem. Do tego zimne… hmmm morze (chyba nie pomyśleliście o piwku :D), goferek z bitą śmietaną i wiśniami, no co kto lubi 😛
Już niedługo, za dni parę…

PA

13:38 data: 2012.07.24

Zwykły wpis

Hej,

Wczoraj obiecałem, że napiszemy obszerną relację z naszej wizyty w warszawskim zoo. Zatem zaczynamy…
A zaczniemy od tego, że wyprawa była zaplanowana. Wstaliśmy wcześnie rano i o dziwo spóźnienie wynosiło tylko 30 minut 🙂 Zuzia strasznie się guzdrała z jedzeniem. Kiedy tylko ogarnęła swoją miseczkę, ruszyliśmy z całym majdanem do stolicy.
Droga piękna, szeroka i krótka… w 2 godziny byliśmy na miejscu. Najpierw pojechaliśmy do domu Filipa i Kaliny. Tam ofutrowaliśmy 3 talerze racuchów, które przygotowała nam ciocia z wujkiem. Kiedy nasze wygłodniałe brzuchy zaznały pierwsze oznaki sytości, ruszyliśmy w dalszą podróż. Tym razem za azyl obraliśmy nasz cel – zoo. Pół godziny jazdy, mijaliśmy wielki stadion, wielu rowerzystów, wielki most i nagle tragedia… Kolejka do kas była tak długa, jak długi był korek na ulicy, gdzie mieści się zoo. Jechaliśmy, staliśmy, jechaliśmy i znów korek. W końcu po kilkunastu dobrych minutach, daleko, daleko, udało nam się postawić nasze fury i czym prędzej po bilety. Na szczęście, kolejka okazała się wielkim nieporozumieniem. Ludzie stworzyli kilka wężyków, które zmierzały niewiadomo gdzie i po co.
Po chwili byliśmy już po drugiej stronie ogrodzenia. Niby kilka kroków, inna perspektywa i świat wygląda dużo lepiej. Zaczęliśmy zwiedzanie tak, jak wskazywał kierunek zwiedzania. Ptaszki, ptaszyska, ptaszory… potem małpki, małpeczki, małpiszony. Pawiany skakały po skałach, goryl wypiął się na wszystkich i szympans, który sobie siedział zupełnie bez ruchu. Gdzie się nie ruszyć – budka, a to z lodami, a to z sokami, z balonami, no i punkt, w którym było można sobie zrobić zdjęcie z kucykiem. Tylko kucyk miał też to wszystko gdzieś i zaczął przy wszystkich robić kupę – cóż, jaki niespotykany widok… Zuzia nie mogła odczepić się od Filipa. Wszędzie chodzili za rączkę. Ja i Kalina jeździliśmy sobie w swoich wózkach.
Potem przenieśliśmy się do zwierząt, które mogą budzić respekt. Na początek słonie, wielkie, ogromne słonie. Następnie nosorożce i lwy, znudzone, odpoczywające w cieniu drzew. Zaraz za zakrętem było wejście do pomieszczenia z rekinem. Nie odpuściliśmy. I pierwsze co rzuca się w oczy, to że ten rekin jakiś taki mały… nie mniej – nie wskoczyłbym tam do niego 😉
Na koniec zostawiliśmy sobie zwierzęta, które na wolności bardzo mocno wiążą się ze swoim terytorium, mianowicie hipopotamy. Tłuściochy jedne…
Wracając już główną alejką patrzyliśmy jeszcze na bociany, jakieś kolorowe kaczki, pogłaskaliśmy zebry a z daleka widzieliśmy też żubry.
Wycieczka długa, męcząca, zwłaszcza dla nóg 😀 A po wyczerpującym spacerze, wszyscy jednogłośnie stwierdzili – „jeść” !
No i pojechaliśmy na pizze, lemoniadę i coca-colę z dolewką 😉 Chwila odpoczynku, regeneracja i ruszyliśmy w powrotną podróż… padliśmy 😀 Podróż do domu szybko minęła. Potem kompanie i sen, byliśmy naprawdę zmęczeni.

PA

15:35 data: 2012.07.19

Zwykły wpis

Cześć,

Przeglądam właśnie naszego bloga. Umknęła nam jedna, dość istotna sprawa, o której ostatnia wzmianka jest 27.02.2012. Malowidło rodzinne, które rozpoczęliśmy dawno, dawno temu, zostało zakończone po uwaga (prawie) pięciu miesiącach… uff
Efekt końcowy oceńcie sami – nam się bardzo podoba, choć już straciliśmy nadzieję, że kiedyś zostanie zakończone. Na szczęście mamy finał sprawy i nie zanosi się na kolejne malowanie, bo farba i wszystkie barwniki zniknęły z pola widzenia. Legenda mówi, że są w piwnicy i „obrastają” w pajęczynę 🙂 Rodzina Świnki Peppy znajduje się aktualnie między Hello Kitty i Scooby Doo, czyli na ścianie z drzwiami wejściowymi do pokoju. Malowidło jest dość spore i zastanawiamy się jeszcze, czy nie domalować przypadkiem dla kaczuszek stawu, a mamę, tatę, Peppę i Georga nie obsadzić czasem na zielonej łące. Ale to tylko plany… Bajkowe postacie do złudzenia przypominają paciorkowy ród. Gruby tata, mama z torebeczką, Zuzia ze swoim misiem i ja – uśmiechnięty, mały Jędruś. Zamiast tego dinozaura w ręku, powinienem mieć kromkę chleba, ciasteczko albo wafelka, wtedy byłbym Jędrek „pełną gębą” 🙂
Wielkimi krokami nadciąga do nas sierpień. A sierpień to miesiąc zamkniętych drzwi w naszym żłobku i przedszkolu. I właśnie dlatego rodzice zdecydowali, że połączymy przyjemne z pożytecznym i w tym właśnie czasie pojedziemy sobie na wakacje. Pisałem już wcześniej, że wyjazd jest zaplanowany nad Bałtykiem, w odległym od Kielc miasteczku – Ustce. Czas na zbieranie gratów i kompletowanie niezbędnych rzeczy.
Na dzień dzisiejszy pogoda nas nie rozpieszcza, zapowiadane są kolejne opady deszczu, silne porywy wiatru oraz trąby powietrzne. Miejmy nadzieję, że sierpień będzie bardziej przyjazny i będziemy mogli odpoczywać, opalać się no i pływać 😉
Wczoraj był pożar naszego bloku. Ktoś wrzucił butelkę do lokalu usługowego na parterze. Było słychać brzdęk tłuczonej szyby, jakieś odgłosy a potem zaczęło się palić. Wszystko o godzinie 00:00. Po chwili zjechały się wozy straży pożarnej oraz policji. Alarm świszczał co chwilę, dymiło się a z balkonów wystawali gapie. Smród spalanego plastiku unosił się wysoko, aż do naszego balkonu oddalonego o pół długości bloku. Dziwne rzeczy się tam dzieją…

PA

09:30 data: 2012.07.15

Zwykły wpis

Hej,

W odpowiedzi na Wasze bardzo subtelne aczkolwiek konkretne argumenty za tym, że blog nie może przestać istnieć, chcieliśmy wszystkim podziękować za kilka rad i tchnienie dodatkowej siły. Czas wakacji to dla nas wyjątkowo ciężka chwila patrząc pod kątem naszego bloga. Mało wpisów, słaba aktywność i nie ma to nic wspólnego z robieniem czegoś „na odwal się”. Kiedyś, podsumowując (chyba) pierwszy rok istnienia naszego pamiętnika napisałem, że będę pisał na tyle często, na ile będzie co opisywać. I właśnie dzisiaj nadszedł ten dzień. Tak naprawdę, to wpis mógł pojawić się wczoraj, jednak było już zdecydowanie za późno na zabawy przy komputerze…
Zdania nie zaczynamy od „a wiec”, dlatego napiszę „a więc po kolei” 😀
W pierwszej kolejności zmiana – zmiana fryzury, którą prezentujemy w tym poście na zdjęciu.  Włosy krótkie i ten kolor – rudy, jak u wiewiórki. 100% inwencja twórcza naszego taty. I choć reakcji wszystkich chyba najbardziej obawiała się mama, to wyszło dużo lepiej, niż przypuszczaliśmy. A reakcje ludzi nas otaczających były naprawdę skrajne. Jedni przechodzili jakby nigdy nic, odwracali głowę i dopiero kojarzyli o co chodzi, inni odwrotnie – od razu krzyczeli, że super. No i byli jeszcze najbardziej kreatywni i innowacyjni konserwatyści, którzy na samą myśl o jakichkolwiek zmianach dostają podwyższonego ciśnienia krwi, pąsów, alergii i wyrażają zwykle swoje zdanie na zasadzie „coś ty najlepszego zrobiła”. Ważne, że jest coś nowego, coś ładnego i podoba się nam 🙂 Inni muszą jakoś to znieść 😛
Z Wysp Brytyjskich przylecieli nasi kuzyni – Aimee, Leon, ciocia Emma i wujek Piotrek i ciocia Marta. Przylecieli, przylecieli a dzisiaj odlatują, dlatego wczoraj spotkaliśmy się a spotkaliśmy się nie byle gdzie, tylko na neutralnym terenie, na wsi. Wieś nosi sympatyczną nazwę Oblęgorek i dla tych, którzy nie przespali kilku lekcji języka polskiego, ta nazwa coś sugerować może;) Pozostałych – wagarowiczów, zapominalskich odsyłam do lektur, tych papierowych, lub www. No i do pewnej chatki w tejże wsi, pisząc kolokwialnie wprosiliśmy się na „krzywego…” 😛
Na wsi, jak to na wsi, zawsze coś ciekawego znaleźć się musi. Z jednej strony nieograniczone „pole manewru”, z drugiej zasiane pole, po którym biegać nie wolno. Ale mieszczuchy, jak to przystał i na nas, latają wszędzie – po trawie, kwiatkach, do sadu po maliny, porzeczki, agrest, no i właśnie, do zwierzątek. Bo to im chciałbym poświęcić moment. Tak się super składa, że byliśmy w miejscu, gdzie kura, gęś, kaczka i krowa, nie są niczym dziwnym. Za to my – dzieci, mieliśmy frajdę co niemiara. I choć rodzice nie pozwolili nam podchodzić do wielkiego byka w oborze, to mogliśmy ganiać kury i gęsi a one tak szybko uciekały… ha ha ha 🙂 Cały czas kątem oka patrzyliśmy, czy biegając nasze buty nie wpadły w minę. Mam nadzieję że wiecie o co chodzi 😉 Potem zauważyliśmy malutkie kaczuszki, siedziały sobie w swoistym kojcu. A opiekowała się nimi nie byle kto, bo sama kurza kwoka. Bardzo podobnie jak w bajce o brzydkim kaczątku 😀 Tata wyjął jednego kaczorka i sobie go głaskaliśmy, emocje były, że szok. Z resztą, widać na zdjęciu.
Obok stodoły stał też czerwony traktor i klika dziwnych przyrządów, które nie wiem zupełnie do czego mogą służyć. Niestety, musieliśmy na chwilę wrócić do domu, bo zaczęło padać. Po chwili deszczyk przestał kropić i z tatą, „po cichaczu”, wymknęliśmy się wszyscy razem. Nikt nas nie widział, uciekliśmy. Gdzie polecieliśmy ? No pewnie, ze do małych kaczek. I choć zapomniałem napisać, że Aimee i Leon nie mówią wiele po polsku, to w naszym przypadku nie była to żadna bariera. Krowie „muu”, to „muu”, a kocie „miaaał”, to „miaaał”. Reszta nie miała znaczenia. No i wracając jeszcze do naszego drugiego podejścia do „baby ducks” (Zuzia się nauczyła), to okazało się, że prócz nas – dzieciaków i taty, jest jeszcze ktoś. A zdradził swoją obecność nieodpowiedzialnym zachowaniem. Zaczął kicać… Nigdy nie widziałem zająca na żywo, dlatego zaczęliśmy go wszyscy gonić. A uciekał skubaniec tak, że mu nogi chciały z zawiasów wyskoczyć… Przedarł się przez siatkę ogrodzeniową i tyle go widzieliśmy. Pewnie przyszedł sobie podkraść trochę marchewki na kolację 😉 Po szalonej gonitwie za zającem, znów musieliśmy wracać, bo zaczęło kropić. Dodatkowo wiatr wezbrał na sile. Tym razem już był moment na powrót do domu. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i pojechaliśmy do naszego domu. Na wsi jest super, jeszcze lepiej z taką ekipą. Mam nadzieję, że do następnego razu !
PA

11:51 data: 2012.06.24

Zwykły wpis

Hej,

Oczy same mi się zamykają, ziewam i padam ze zmęczenia, dlatego szybki wpis i wskakuję do łóżeczka ze szczebelkami, żeby trochę sobie odpocząć. Kolejny tydzień minął, jak z bicza trzasnął.

W środę był krótki telefon ze żłobka, żeby zabrać  królewicza rodu Paciorków, bo ma infekcję oka. Na szczęście się tak złożyło, że tata miał wolne i zamiast realizować założony „plan domowy”, przyjechał po mnie z wózeczkiem około południa. Potem trasą na drugie osiedle dojechaliśmy po Pannę Zuzannę. Zamiast miłego spacerku, była jazda do lekarza, wypisanie recepty na antybiotyk w kroplach i powrót do domu. Gotowaliśmy się… raz, że na zewnątrz panowało istne piekło – gorąc i duchota, to biegaliśmy z jednego miejsca na drugie w zastraszającym tempie. Mnie to niby nie przeszkadzało, bo sobie jechałem w wózku, w pewnym momencie zasnąłem i miałem to wszystko gdzieś, ale tata raczej nie miał 😀 Obudziłem się dopiero u lekarza.  A wszystko przez to, że spuchło mi oko, do tego było bardzo zaczerwienione i swędziało… także jak nie urok, to sraczka. Pan doktor zabronił przychodzić do żłobka, bo mógłbym kogoś zarazić, dlatego czwartek i piątek spędziłem w domu, trochę w swoim, trochę na Stoku. Poza tym, nic ciekawego się nie dzieje. Biegamy po domu, siejemy spustoszenie, wszystko wywrócone, porozrzucane – miśki, samochody, klocki, książki, delikatnie opisując – nieład 😉

Za oknem piękna pogoda, słońce świeci, po obiedzie pewnie wyskoczymy na mały rajd J Mieliśmy jechać do lasu na jagody i poziomki, ale jakoś nie możemy się zebrać. Mieliśmy też wyjść na zakupy, w sumie to co my nie mieliśmy zrobić. Skończy się na tym, że pójdziemy spać a popołudniu pójdziemy na spacer 🙂
UWAGA ZAGADKA – czyje to śmierdziuszki ?

Bywajcie towarzysze 😀