Category Archives: wakacje

21:11 data: 2012.08.19

Zwykły wpis

Cześć,

Wróciliśmy dzisiaj z samiutkiego rana. Cały dzień chodzimy „po ścianach” potykając się o własne nogi. Harmonogram dnia został totalnie zachwiany. Postaram się w jednym wpisie umieścić najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce podczas naszego wypadu do Ustki.
Zaczniemy od tego, że podróż do Ustki dla nas (mnie, Zuzi i mamy) minęła całkiem pozytywnie. Jechaliśmy w nocy, dlatego spaliśmy i jechało się przyjemnie. Nad ranem, mama zmieniła tatę i dała mu trochę odpocząć. Potem dojechaliśmy na miejsce. Kwatera znajdowała się na ulicy Krokusowej, w dość charakterystycznym punkcie, bo przy samej szkole. Oprócz pokoi, z których można było skorzystać, był też bar, w którym można było skonsumować obiad lub drobną przekąskę. Pierwszy dzień był odgórnie spisany na straty, dlatego po wejściu kilkunastu schodów do pokoju i wypakowaniu walizek, postanowiliśmy skoczyć zanurzyć nóżkę w morzu. Pogoda nie była zbyt piękna. Temperatura powietrza utrzymywała się na poziomie 18-20 stopni, dopiero w samej końcówce naszego pobytu zwiększyła się i to znacznie. Do tego woda w Bałtyku podskoczyła aż do 19 stopni i mogliśmy spokojnie kąpać się w całości.
Droga na plażę była długa – 3 km bez kilku metrów, do tego w większości po leśnej drodze obsadzonej dużą ilością wystających korzeni. Prawdziwa przeprawa z wózkiem i całym majdanem 🙂 Ale co tam, my sobie nie damy rady ? Lecieliśmy każdego dnia z wywieszonymi ozorami, bo na samą myśl o zabawie w piasku i ucieczkach przed falami, banan pojawiał się na naszych twarzach. A piasku i wody było pod dostatkiem, każdy miał swój kawałek gruntu i to odgrodzony parawanem. Połapać się wśród tych kolorowych wiatrochronów, to prawdziwa sztuka 😀
Na wakacjach, jak to na nich, poznać można wielu ludzi i w naszym przypadku było bardzo podobnie. W pierwszej kolejności poznaliśmy gospodarzy domu – Pani Maria, na pierwszy rzut oka bardzo surowa i konsekwentna, potem okazała się bardzo pomocna. No i jej mąż – Pan Ryszard, przez Zuzię nazwany „Panem zupką”, bo często konsumowaliśmy zupy w jego lokalu. Potem przyszedł (niestety) przykry kontakt z sąsiadami z pokoi obok. Nie wspominamy tej znajomości pozytywnie, dlatego postanowiłem, że głupotami nie będziemy sobie zawracać gitary 😛 Generalnie, niektórzy nie nadają się do życia w społeczeństwie…
Do Ustki pojechaliśmy również dlatego, aby odwiedzić nasze kuzynki z Ameryki, które tam przebywały pod opieką swojej babci. Julka i Bianka z klanu Paciorków to (oczywiście) super dziewczyny. Ja uciekałem przed ich psem, bo mnie ganiał i ciągał za nogawkę 😀
Później poznaliśmy ekipę z Zabierzowa – Daniel, Krystian, Michał, Dawid i sympatyczna koleżanka – Magda. Ekipę witamy na naszym blogu i pozdrawiamy serdecznie 😉 Zuzia miała też swoją koleżankę Magdę z Krakowa, która przebywała w tym samym domu co my, tylko z babcią.
Pobyt upływał bardzo monotonnie, podporządkowywaliśmy się pewnym zasadom i tak leciał dzień za dniem, gdy pewnego dnia (na samym początku pobytu) zacząłem bawić się z tatą w przybijanie „piątki”. Po chwili okazało się, że jedna z moich rąk jest trzy razy większa od drugiej. Osa, użądliła mnie między kciukiem a wskazującym. Skończyło się nocnym wypadem na zastrzyk do przychodni całodobowej. Potem jeszcze było użądlenie w policzek i w nogę. Ogólnie, od os się tam roiło. Były dosłownie wszędzie. Do tego komary, cudne połączenie. W wyniku tej owadziej więzi, Zuzia ma pogryzioną przez komary buzię, a my ręce i nogi 😦
Z wakacji jesteśmy bardzo zadowoleni, jak jeden mąż. Mimo kilku wpadek, cieszymy się, że odpoczęliśmy i nabraliśmy sił przed nowym sezonem żłobkowo-przedszkolnym. Zapomniałem tylko napomknąć, że ceny w kurorcie o sympatycznej nazwie Ustka, są tragiczne, wywindowane i aż do granic przesadzone. Współczujemy tylko mieszkańcom tego sympatycznego miasteczka, bo po sezonie ceny wcale nie spadają…
No i aby finał wakacji był bardzo pozytywny, to czekamy na najdroższe zdjęcie z wakacji, które zostało wykonane przez fotoradar zaraz przed Człuchowem. W terenie zabudowanym mieliśmy na budziku 78km/h 🙂 Także czekamy na kopertkę z dobrymi wiadomościami.
Nie chciałem się skupiać na tym, jak wyglądał każdy dzień, co jedliśmy, za ile itd. Krótka sentencja na podsumowanie tego wypadu –wszechobecne niezdrowe jedzenie i ciągłe leżenie na plaży sprzyja odkładaniu się tłuszczu. Gdzie się nie odwrócić, to słyszałem tylko charakterystyczne „tsssssssss” i pstryk łamanego wieczka od puszki z piwskiem 😉 Ale z drugiej strony – coś od tego życia też trzeba mieć, teraz powracamy do „normalności”.
Zdjęcie robiła mama, dlatego z oczywistych przyczyn nie ma jej na zdjęciu 😛

Pozdrawiamy !!

Reklamy

23:09 data: 2012.08.07

Zwykły wpis

Hej,

Nie wiem, czy jutro znajdziemy chwilę aby napisać, dlatego poczynimy to jeszcze dzisiaj, żeby jutro skupić się na tym, co najważniejsze. Otóż jutro, mniej więcej o tej porze, będziemy wsiadać do samochodu i w drogę do Ustki.
Walizka stoi, póki co pusta. Na 100% jednak pusta nie będzie, bo pakować jest co. Ubrań cała kopka, i pełno przedmiotów, które pewnie nie znajdą zastosowania, ale bierzemy je 😉 Koniecznie wózek, mały namiot na plażę, kółko do pływania, kocyk, ręczniki, misie, zestaw wiaderek i łopatek do kopania w piasku oraz karty kredytowe i dobry humor 🙂 Pieluchy, kaszki, olejki do opalania, olejki po opalaniu, pod oczy, na rzęsy, na dzień, na noc, na zachód słońca i na wschód 😛 Już widzę minę taty, jak będzie to wszystko pakował 😀 I teraz poprosimy wszystkich aby trzymali kciuki za to, żeby pogoda była słoneczna, bezdeszczowa i najlepiej około 26st.
Droga nad morze wygląda na tak prostą jak i długą. Dlatego tata zadecydował, że ekipa będzie spała, on będzie jechał w nocy. 575km do przejechania i jakieś 8h w samochodzie plus ewentualne przystanki po drodze. Oby tylko nie było powtórki z poprzedniej nocy, bo taki niespodziewany kapuśniaczek pokropił z lekkim wiaterkiem, że pozrywał dachy w Kielcach o drzewach nie wspomnę. Jak wyszliśmy dziś rano na dwór, to jakby tornado przeszło…
Zuzia była u fryzjera, delikatnie podcięte włoski podobają się wszystkim. Fryzurka a’la Adaś Niezgódka z „przygód Pana Kleksa”. Nowe uczesanie z pewnością zagości na jednym z naszych wakacyjnych zdjęć. Dziś już nie było czasu, jutro pewnie też.

„Niech żyją wakacje, niech żyje pole i las… i niebo i ziemia, wolny swobodny czas. Pojedzie z nami piłka i kajak i skakanka, będziemy się bawili do samiutkiego ranka…”.

Idziemy spać, pa !

09:56 data: 2012.07.31

Zwykły wpis

Cześć,

O przygodzie w zoo już prawie zapomnieliśmy, więc czas na uzupełnienie naszego życiorysu, żeby nie powstała dziura 🙂 Wielkimi krokami zbliżają się wakacje, zarówno te od żłobka i przedszkola, jak i te, w których mamy zamiar leżakować nad polskim morzem. Do tych pierwszych wakacji pozostał jeden dzień, dzisiaj jeszcze idziemy do żłobka i przedszkola, potem miesiąc nieprzerwanej sielanki. A na wyjazd musimy jeszcze chwilę poczekać…
Pogoda w kratkę i chyba tego najbardziej się obawiamy. Piękna, słoneczna pogoda przeplata się z przelotnymi opadami i w tym nie byłoby nic złego, tylko jeśli pioruny walą gdzie popadnie, huk grzmotów jest nie do ogarnięcia a ściana wody „leje” się za oknem, to chowamy głowę w poduszkę.
W weekend gościliśmy Filipka, Kalinkę, ciocią i wujkiem. W sobotę byli u nas, w niedzielę spotkaliśmy się wspólnie na obiedzie u babci Marzeny. Filipka już wszyscy znają, bo gościł już nie raz na naszym blogu. Teraz nadszedł czas na moją siostrę cioteczną – wow… strasznie dziwnie to zabrzmiało, zdecydowanie lepiej będzie – Kalinka 😉 Zastanawiam się tylko, czy jest jakieś określenie powinowactwa dla córki siostry mojego taty 😛 Ale nie komplikujmy sobie już i tak skomplikowanego życia.
Zatem dziś, na tapecie Kalinka, wygłaskana przeze mnie „dzi-dzi”, najmłodsza z naszego klanu. Załapała się też moja zgrabna nóżka i część ręki na znak, że robiłem „mój-mój”. Oczywiście, nie trzeba szczegółowo pisać, jak wyglądał dom po naszych zabawach, w sumie tornado to się chowa…
Już nie możemy się doczekać, gdy po zdjęciu butów będziemy mogli stąpać po przyjemnym, ciepłym i złocistym piasku nad morzem. Do tego zimne… hmmm morze (chyba nie pomyśleliście o piwku :D), goferek z bitą śmietaną i wiśniami, no co kto lubi 😛
Już niedługo, za dni parę…

PA

15:35 data: 2012.07.19

Zwykły wpis

Cześć,

Przeglądam właśnie naszego bloga. Umknęła nam jedna, dość istotna sprawa, o której ostatnia wzmianka jest 27.02.2012. Malowidło rodzinne, które rozpoczęliśmy dawno, dawno temu, zostało zakończone po uwaga (prawie) pięciu miesiącach… uff
Efekt końcowy oceńcie sami – nam się bardzo podoba, choć już straciliśmy nadzieję, że kiedyś zostanie zakończone. Na szczęście mamy finał sprawy i nie zanosi się na kolejne malowanie, bo farba i wszystkie barwniki zniknęły z pola widzenia. Legenda mówi, że są w piwnicy i „obrastają” w pajęczynę 🙂 Rodzina Świnki Peppy znajduje się aktualnie między Hello Kitty i Scooby Doo, czyli na ścianie z drzwiami wejściowymi do pokoju. Malowidło jest dość spore i zastanawiamy się jeszcze, czy nie domalować przypadkiem dla kaczuszek stawu, a mamę, tatę, Peppę i Georga nie obsadzić czasem na zielonej łące. Ale to tylko plany… Bajkowe postacie do złudzenia przypominają paciorkowy ród. Gruby tata, mama z torebeczką, Zuzia ze swoim misiem i ja – uśmiechnięty, mały Jędruś. Zamiast tego dinozaura w ręku, powinienem mieć kromkę chleba, ciasteczko albo wafelka, wtedy byłbym Jędrek „pełną gębą” 🙂
Wielkimi krokami nadciąga do nas sierpień. A sierpień to miesiąc zamkniętych drzwi w naszym żłobku i przedszkolu. I właśnie dlatego rodzice zdecydowali, że połączymy przyjemne z pożytecznym i w tym właśnie czasie pojedziemy sobie na wakacje. Pisałem już wcześniej, że wyjazd jest zaplanowany nad Bałtykiem, w odległym od Kielc miasteczku – Ustce. Czas na zbieranie gratów i kompletowanie niezbędnych rzeczy.
Na dzień dzisiejszy pogoda nas nie rozpieszcza, zapowiadane są kolejne opady deszczu, silne porywy wiatru oraz trąby powietrzne. Miejmy nadzieję, że sierpień będzie bardziej przyjazny i będziemy mogli odpoczywać, opalać się no i pływać 😉
Wczoraj był pożar naszego bloku. Ktoś wrzucił butelkę do lokalu usługowego na parterze. Było słychać brzdęk tłuczonej szyby, jakieś odgłosy a potem zaczęło się palić. Wszystko o godzinie 00:00. Po chwili zjechały się wozy straży pożarnej oraz policji. Alarm świszczał co chwilę, dymiło się a z balkonów wystawali gapie. Smród spalanego plastiku unosił się wysoko, aż do naszego balkonu oddalonego o pół długości bloku. Dziwne rzeczy się tam dzieją…

PA

09:30 data: 2012.07.15

Zwykły wpis

Hej,

W odpowiedzi na Wasze bardzo subtelne aczkolwiek konkretne argumenty za tym, że blog nie może przestać istnieć, chcieliśmy wszystkim podziękować za kilka rad i tchnienie dodatkowej siły. Czas wakacji to dla nas wyjątkowo ciężka chwila patrząc pod kątem naszego bloga. Mało wpisów, słaba aktywność i nie ma to nic wspólnego z robieniem czegoś „na odwal się”. Kiedyś, podsumowując (chyba) pierwszy rok istnienia naszego pamiętnika napisałem, że będę pisał na tyle często, na ile będzie co opisywać. I właśnie dzisiaj nadszedł ten dzień. Tak naprawdę, to wpis mógł pojawić się wczoraj, jednak było już zdecydowanie za późno na zabawy przy komputerze…
Zdania nie zaczynamy od „a wiec”, dlatego napiszę „a więc po kolei” 😀
W pierwszej kolejności zmiana – zmiana fryzury, którą prezentujemy w tym poście na zdjęciu.  Włosy krótkie i ten kolor – rudy, jak u wiewiórki. 100% inwencja twórcza naszego taty. I choć reakcji wszystkich chyba najbardziej obawiała się mama, to wyszło dużo lepiej, niż przypuszczaliśmy. A reakcje ludzi nas otaczających były naprawdę skrajne. Jedni przechodzili jakby nigdy nic, odwracali głowę i dopiero kojarzyli o co chodzi, inni odwrotnie – od razu krzyczeli, że super. No i byli jeszcze najbardziej kreatywni i innowacyjni konserwatyści, którzy na samą myśl o jakichkolwiek zmianach dostają podwyższonego ciśnienia krwi, pąsów, alergii i wyrażają zwykle swoje zdanie na zasadzie „coś ty najlepszego zrobiła”. Ważne, że jest coś nowego, coś ładnego i podoba się nam 🙂 Inni muszą jakoś to znieść 😛
Z Wysp Brytyjskich przylecieli nasi kuzyni – Aimee, Leon, ciocia Emma i wujek Piotrek i ciocia Marta. Przylecieli, przylecieli a dzisiaj odlatują, dlatego wczoraj spotkaliśmy się a spotkaliśmy się nie byle gdzie, tylko na neutralnym terenie, na wsi. Wieś nosi sympatyczną nazwę Oblęgorek i dla tych, którzy nie przespali kilku lekcji języka polskiego, ta nazwa coś sugerować może;) Pozostałych – wagarowiczów, zapominalskich odsyłam do lektur, tych papierowych, lub www. No i do pewnej chatki w tejże wsi, pisząc kolokwialnie wprosiliśmy się na „krzywego…” 😛
Na wsi, jak to na wsi, zawsze coś ciekawego znaleźć się musi. Z jednej strony nieograniczone „pole manewru”, z drugiej zasiane pole, po którym biegać nie wolno. Ale mieszczuchy, jak to przystał i na nas, latają wszędzie – po trawie, kwiatkach, do sadu po maliny, porzeczki, agrest, no i właśnie, do zwierzątek. Bo to im chciałbym poświęcić moment. Tak się super składa, że byliśmy w miejscu, gdzie kura, gęś, kaczka i krowa, nie są niczym dziwnym. Za to my – dzieci, mieliśmy frajdę co niemiara. I choć rodzice nie pozwolili nam podchodzić do wielkiego byka w oborze, to mogliśmy ganiać kury i gęsi a one tak szybko uciekały… ha ha ha 🙂 Cały czas kątem oka patrzyliśmy, czy biegając nasze buty nie wpadły w minę. Mam nadzieję że wiecie o co chodzi 😉 Potem zauważyliśmy malutkie kaczuszki, siedziały sobie w swoistym kojcu. A opiekowała się nimi nie byle kto, bo sama kurza kwoka. Bardzo podobnie jak w bajce o brzydkim kaczątku 😀 Tata wyjął jednego kaczorka i sobie go głaskaliśmy, emocje były, że szok. Z resztą, widać na zdjęciu.
Obok stodoły stał też czerwony traktor i klika dziwnych przyrządów, które nie wiem zupełnie do czego mogą służyć. Niestety, musieliśmy na chwilę wrócić do domu, bo zaczęło padać. Po chwili deszczyk przestał kropić i z tatą, „po cichaczu”, wymknęliśmy się wszyscy razem. Nikt nas nie widział, uciekliśmy. Gdzie polecieliśmy ? No pewnie, ze do małych kaczek. I choć zapomniałem napisać, że Aimee i Leon nie mówią wiele po polsku, to w naszym przypadku nie była to żadna bariera. Krowie „muu”, to „muu”, a kocie „miaaał”, to „miaaał”. Reszta nie miała znaczenia. No i wracając jeszcze do naszego drugiego podejścia do „baby ducks” (Zuzia się nauczyła), to okazało się, że prócz nas – dzieciaków i taty, jest jeszcze ktoś. A zdradził swoją obecność nieodpowiedzialnym zachowaniem. Zaczął kicać… Nigdy nie widziałem zająca na żywo, dlatego zaczęliśmy go wszyscy gonić. A uciekał skubaniec tak, że mu nogi chciały z zawiasów wyskoczyć… Przedarł się przez siatkę ogrodzeniową i tyle go widzieliśmy. Pewnie przyszedł sobie podkraść trochę marchewki na kolację 😉 Po szalonej gonitwie za zającem, znów musieliśmy wracać, bo zaczęło kropić. Dodatkowo wiatr wezbrał na sile. Tym razem już był moment na powrót do domu. Pożegnaliśmy się ze wszystkimi i pojechaliśmy do naszego domu. Na wsi jest super, jeszcze lepiej z taką ekipą. Mam nadzieję, że do następnego razu !
PA

godz: 18:39 data: 2011.09.05

Zwykły wpis

Czeeeeeeeeeeeeeeeść!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Zapomniałem na śmierć… z góry przepraszam, zaraz wszystko uaktualnię 😉

Zacznijmy może od początku, a raczej od końca, czyli naszych wakacjach w domku w Polańczyku. Jeśli można by napisać krótko o tym, co tam się działo, to chyba „rewelacja” byłaby najlepszym określeniem. Na początku, nim jeszcze streszczę co się tam działo, pozdrawiamy (razem z Zuzią): wujka Antoszka, ciocię Sylwię i Klaudię 😉

Super widoki, wystrzelona w 30-tkę pogoda, zero deszczu, no i Solina 😀

A tera więcej szczegółów. Mieścina może nie jest położona w rejonie wysokich gór ale swój klimat ma. Rozpiętość wiekowa tubylców – od 0 do 100 lat 😉 Oczywiście w związku z licznymi ośrodkami „leczniczymi”, było trochę osób starszych ale o dziwo najwięcej w podobnym wieku do rodziców i też z dzieciakami, co jak nie trudno się domyślić, było pierwszym tematem „na zaczepkę” 😉

Wszędzie było naprawdę blisko, trudności mogły sprawiać tylko co krok wyrastające górki i pagórki. I jeszcze dwie wiadomości: dobra i zła – zero komarów, za to tuziny os. Brzęczały dosłownie wszędzie. Leciały do wszystkiego co słodkie i pachnące do tego stopnia, że można było je połknąć wraz z napojem. Także jak nie urok, to sraczka 🙂 Razem z Zuzią nawiązaliśmy kontakty z innymi wczasowiczami. Już następnego dnia po przyjeździe, dziewczyny nosiły mnie na rękach, brykałem po zielonej trawce a od czasu do czasu jadłem piach i kąpałem się w zielonej i czerwonej misce 😉

Zuza odnalazła się w Bieszczadach, jak nigdzie 😉 Huśtawki, piaskownica, latanie na bosaka po porannej rosie i kąpanie w jeziorze. Dopełnieniem tego opisu jest jeszcze „hello kity” i „banan” – czyli kolorowe lody, które znikały z lodówki każdego dnia 😉

Rodzice też się nieźle spisali, wieczorami oczywiście grill – zakrapiany kolorowymi… przekąskami. Nie mam na myśli ketchupu i musztardy 😉 Były też wariacje w postaci dyskotek – dla dzieci, a potem dla starszej młodzieży 😉

Byliśmy na kolejce wąskotorowej w Majdanie – chała i kicz, nie polecamy. Za to rowery wodne – rewelacja 😀 Ceny nie były zbyt rewelacyjne, dlatego trzeba było nieźle pedałować, co by zwiedzić chociaż drugi brzeg. A kawałek jednak był…

No ale wszystko co dobre, szybko się kończy. Przyszedł czas powrotu i wieczorem wyruszyliśmy do domku. Nim się obudziliśmy z Zuzanką, wjeżdżaliśmy już do znajomego nam garażu.

Z dniem 1.09 poszedłem nie gdzie indziej, jak do żłobka. Oczywiście po powrocie, a byłem tylko 4 godziny, rozdzwoniły się telefony od babć i dziadków z pytaniami – „no i jak tam było”. Ale przecież nikt nic nie wie, prócz mnie. Pani zabrała mnie na ręce, pierdyknęła drzwiami i tyle mnie widzieli. Mama płakała, widziałem katem oka.

Ja płakałem jak później ją zobaczyłem, bo się stęskniłem okrutnie. Był też tata. Z resztą następnego dnia zawiózł mnie sam 😉 Przynajmniej nie było płaczu, tylko „będę po Ciebie o 12-tej”, narka, narka i koniec 😛 Bez zbędnych szopek 😉 Dostałem plasterek z imieniem i nazwiskiem, pani zaznaczyła, że mają mówić do mnie Jędrek a nie Andrzej 😉

Wczoraj dostałem mały katar i nici z dzisiejszego pobytu w żłobku 😛 Ale co ma wisieć…

A z innej beczki tata kupił mamie rower – pięknego biało-niebieskiego Giant’a. Pomału zaszczepia w mamie bakcyla na wycieczki rowerowe. Za to tata oszalał, tylko ten rower i rower. Rano wyrusza sam, popołudniu z Zuzią i wujkiem Krzyśkiem. I tak wykręcił w poprzednim tygodniu 240 km 😉 No urlop miał w końcu. Byli też na dwóch turniejach Vive z Zuzią. Moja siostra ma nowego kolegę – włochaty, brązowy stwór z białymi kłami i wielką grzywą. Zwie się „kielecki dzik – Kiełek”. Ma z nim zdjęcie i dostała też pocztówkę. Prócz tego na każdym meczu leci „piątka, „żółwik” i przytulanie 😉

Co jeszcze, z większych osiągnięć? Kolejny ząb świeci się diamentowym blaskiem. Tym razem dwójka z lewej mańki u góry. A i z siadaniem nie mam już żadnych problemów.

To chyba tyle z ostatnich dwóch tygodni. Wiele się działo ale nie sposób wszystkiego napisać, bo i nie pamiętam 😉 Zdjęcie z Polańczyka w koszulce „SYNECZEK PREZESA” 😉

Pozdro !

Jędrek

godz: 18:25 data: 2011.08.10

Zwykły wpis

Cześć,

Piękna pogoda, ani kropli deszczu, świeci słonko i jest git… szkoda, że to nieprawda 😦

Dzisiaj Zuzia na zdjęciu, choć jak od razu widać, prócz jej oka, wiele się nie uwieczniło na fotografii. No i z nią jest właśnie taka zabawa. Chowa się, ucieka, takie ma niestety zagrania. Dlatego postanowiliśmy pobawić się w chowanego i poszukać jej. Ale Zuza, jak to Zuza, zamiast schować się i cicho siedzieć, to narzuci na siebie koc, potem wije się jak jaszczurka i do tego wszystkiego jeszcze krzyczy „szukajcie mnie”. No każdy by się kapnął gdzie się ukryła 😀 Ułatwia nam zadanie, bo zawsze, przy następnym szukaniu zajmuje to samo miejsce 😉 Tym razem namierzyliśmy ją za krzesłem.

Sprawa wakacji przesądzona, jedziemy w Bieszczady, do Polańczyka. Domek jest już zarezerwowany. Zatem „Zielone wzgórza nad Soliną i zapomniany ścieżek ślad” 🙂 A tak naprawdę, wszystko przedstawia się dość korzystnie. Wszędzie blisko, wszystko pod ręką. Tylko dziwi mnie opis: „hodowla danieli 3km” – dlaczego danieli z małej litery? Przecież Daniel to Daniel a nie daniel. Mniejsza o to…  Oby tylko słoneczko, tak rzadko pojawiające się w te wakacje, wysłało do nas kilka swoich cieplutkich promyczków 😛 Tej myśli się trzymajmy i bądźmy optymistami.

Pozdro !